Connect
To Top

Specjalnie dla M+ – Wywiad z Mariuszem Wesołowskim i Sławomirem Rajch

MARIUSZ WESOŁOWSKI

SŁAWOMIR RAJCH

ROZMAWIAŁ: MICHAŁ BANIOWSKI

ZDJĘCIA: KATARZYNA JAKUBCZYK – MAKS-STUDIO.COM

 

W branży od lat funkcjonujecie jako bardzo zgrany duet. Mówią na Was „papużki nierozłączki”?

MW: To prawda, od 2008 roku nierozłączni, z małymi wyjątkami. A jak na nas mówią? Kiedyś w jednej ankiecie po edukacyjnym spotkaniu Allegro, bodaj we Wrocławiu, przeczytaliśmy „Czarna skóra i ten Wasz Wojewódzki, ale z lepszą stylówką”. Miałem wtedy taką marynarkę, która wyglądała jak ze skóry, ekhem…
SR: Wielokrotnie pisano także o tym, że moje kwieciste koszule uzupełniają „skórzany” look Mariusza. Zdarzyło się, że zostałem przedstawiony jako Pan Mariusz Wesołowski, jest w tym coś ze zjawiska pareidolii i kwiecistej perseweracji. Tak, mówią na nas „papużki nierozłączki”.
Tak nierozłączni jesteście także prywatnie?

MW: Jesteśmy. Mamy szereg wspólnych zainteresowań przede wszystkim, ale prywatnie rzadko rozmawiamy o sprawach zawodowych, serio. Uwielbiamy Bareję i jesteśmy często jak bohaterowie „Zmienników”. Nawet jak coś robimy osobno, to i tak razem.
SR: Do niedawna mieszkaliśmy w odległości sześciuset metrów, żeby szybko się skomunikować pozainternetowo. Razu pewnego zabrałem nawet Mariusza na pole namiotowe, ale nie był szczęśliwy na tę okoliczność.
Chodzicie razem do klubów?

MW: Nie, Sławek jest przystojniejszy i nie musi, więc do klubów chodzę sam (żart).
SR: Kluby? A co to kluby? To takie Klubowe, tylko że większe papierosy?

wr2
Co w takim razie jeszcze robicie razem?

MW: Gotujemy. Jestem ekspertem ds. ciasta na pizzę. Sławek jest królem kapusty kiszonej oraz ogórków i przetworów z grzybów.
SR: Jeździmy. Gdy nadchodzi chwila monstrualnego zmęczenia, wymieniamy się wzajem, prowadząc samochód.
A w jakich sytuacjach jeden nie chce widzieć drugiego?

MW: Ja na przykład informuję, że mnie nie ma, zarobiony jestem i włosy mi rosną,
kiedy kończę jakiegoś długo odwlekanego e-maila. Wtedy nie chcę widzieć nikogo, nie tylko Sławka.
SR: Nie zwykłem spotykać się z Mariuszem w niedzielę po osiemnastej.
Pracujecie razem od siedmiu lat. Jak w ogóle trafiliście na siebie?

MW: Trafiliśmy na siebie jeszcze w dziale obsługi użytkownika Allegro, w którym Sławek był ekspertem od opisu produktów, a ja się zajmowałem wewnętrzną kontrolą. I oczywiście trafiliśmy na siebie, dwóch samców alfa, więc prąd poszedł bardzo ostry. Koniec końców zaprzyjaźniliśmy się podczas któregoś wspólnego wyjazdu. Wiesz, jest taki moment, że nawet mając bardzo twardy charakter, potrzebujesz poczuć się jak żółw położony na plecach i chwilę bezradnie poleżeć. Kiedy masz partnera, któremu nie ufasz, nie jest to możliwe, a od zaufania do przyjaźni był już tylko jeden krok. Zrobiliśmy go obaj, w tym samym momencie.
SR: Poszliśmy wtedy na cienkie noże. To było dobre.
Pierwszy wspólny job to projekty edukacyjne Allegro. Na czym one polegały?

MW: Na poprawianiu skuteczności ofert sprzedażowych użytkowników Allegro, to tak w największym skrócie. Od niemal początków istnienia Allegro tradycją było czerwcowe spotkanie z aktywnymi forumowiczami oraz sprzedawcami i super sprzedawcami. Z czasem do tych spotkań marketing dołożył też elementy edukacyjne. Cieszyły się one ogromnym zainteresowaniem, to były spotkania z praktykami sprzedaży na allegro, ale też z prawnikami, specjalistami od fotografii produktowej czy Photoshopa. Co ciekawe szkolenia miały bardzo dobre oceny, ale jednocześnie w ankietach pojawiały się regularnie głosy – przyjedźcie z takim projektem tu (i pada nazwa miasta). Jako że dział marketingu nie szczędził na eventy ani na CSR, szybko powstał z tego pierwszy projekt – flagowa prowadzona przez Sławka w miastach powiatowych Akademia Biznesu Internetowego, niecały rok później wymyśliliśmy projekt dla miast wojewódzkich – tak powstały Edukacyjne Spotkania Allegro.
SR: Dziękuję Mariuszu. Nie opowiedziałbym tego ani celniej, ani mądrzej, ani lepiej.
Nie był to Wasz jedyny kontakt z akcjami edukacyjnymi. Poza tym, że na pewno ukończyliście wiele szkół, prowadziliście także Akademię Onet. Czym to przedsięwzięcie różniło się od tworzenia strategii edukacyjnej Grupy Allegro?

MW: Akademia Onet to był bardzo ciekawy projekt nastawiony mocno na marketing internetowy, można powiedzieć, że byliśmy do niego dodatkiem rozweselającym, skupiającym się na zagadnieniach sprzedaży aukcyjnej i problemów prawnych z tym związanych.
SR: Choć nigdy nie zapomnę spotkania w Gdyni, podczas którego uczestnicy prawie się popłakali i dziękowali, że powiedzieliśmy, że „ta sprzedaż w tym internecie to tak sama się nie zrobi”.
Jako wykładowcy macie więc spore sukcesy. Sławomir doliczył się już nawet dwudziestu tysięcy wychowanków. Mariusz, jesteś w stanie go przebić?

MW: Ja poszedłem w rzeźbę (śmiech). Sławek jest artystą, ja tylko solidnym rzemieślnikiem. To co nas łączy, to wyrazistość, nas się albo uwielbia i łyka się każdą gawędę, jak młody pelikan, albo się nas nienawidzi. Dlatego nigdy nie wygramy w żadnym festiwalu konkursu na najlepszą prezentację, bo one się po równo podobają i po równo wkurzają. Nie ukrywam, że bywamy też całkiem świadomie ironiczni i złośliwi. A z sumy piątek i jedynek zawsze będzie trójka, dlatego dość pobłażliwie i z dystansem podchodzę do rozmaitych podsumowań i ewaluacji wszelakich szkoleń. Zupełnie otwarcie mówiąc, przeczytaliśmy ze Sławkiem jakieś 2,5 tysiąca ankiet po Akademii Biznesu Internetowego i dobrze ponad tysiąc po ESA. To co ludzie potrafią wpisać jako uwagi poszkoleniowe, to coś więcej niż humor z zeszytów szkolnych czy satyra w krótkich majteczkach.
SR: Nie o przebicie, ale o jakość chodzić winno. Dziś każdy podyplomowy student nazywa się psychologiem czegoś. Relacji, związków, biznesu. Nie posiada owóż warsztatu, który by go do jakichkolwiek nauczań predestynował. W zgodzie z niemłodym już hasłem reklamowym: „Wrośliśmy w tę ziemię’.

wr1

Czego sami się uczycie jeżdżąc po kraju ze swoimi wykładami?

MW: Tego, że największą wartością każdego biznesu są ludzie. Tylko nie zawsze zdają sobie z tego sprawę.
SR: Jakiego CRMa, a nawet CMSa :) by nie wprowadzić, stoi za nim człowiek.
A czego na przestrzeni tych siedmiu lat wspólnej pracy nauczyliście się od siebie nawzajem?

MW: Sławek ma doskonałe poczucie humoru i zawsze powiada: nie szukaj dobra, gdzie go nie ma. Tego się nauczyłem. Kiedyś popadałem w przesadne zachwyty nad różnymi, patrząc z dzisiejszej perspektywy, absolutnie tych zachwytów niegodnymi, projektami czy pomysłami. Nauczyłem się też jadać zupę do obiadu. A strasznie tego kiedyś nie lubiłem (śmiech).
SR: Śmiech, śmiech, śmiech i żart. Oraz bez żartu. Mariusz nauczył mnie porządkowania rzeczy, spraw i przedmiotów wokół siebie. Wciąż jestem czeladnikiem w tym zakresie.
Współpraca zawsze przebiegała kolorowo i wszystko szło jak po maśle?

MW: Jak pracujemy nad jakimś poważnym tematem, a takim była strategia sprzedażowa dla Grupy Raben, na przykład, to wtedy oczywiście pojawiają się różnice zdań, ale nigdy nie przekraczają ani formy, ani wydźwięku tego, czym są, czyli różnic właśnie. Nie wymachujemy rękami, nie wydzieramy się na siebie, jeśli o to pytasz.
SR: Wydaje mi się, ze jednak kiedyś podjęliśmy decyzję, że nie śpimy w tym samym hotelu? :)
Mariusz, Sławomir podobno narzeka, marudzi i zrzędzi. Łatwo z nim wytrzymać?

MW: Oczywiście, że wkurza mnie narzekanie. Ono jest zabawne, kiedy jest świadomą kreacją, kiedy jest ironicznym hasztagiem przy facebookowym wpisie, ale kiedy tylko zaczynam zauważać w tym regułę, wycofuję się. Narzekanie jest niekiedy niczym modne ostatnio confirmation bias. Jak chcesz udowodnić, że kucharz źle gotuje, zrobisz to, nawet jeśli będzie to sam Gordon Ramsay. Ale do Sławka narzekań się w końcu przyzwyczaiłem.
Sławku, gdybyś miał odbić piłeczkę, to…

SR: Znam adres zamieszkania Mariusza.

Powiedzcie szczerze, czy w waszym związku pojawił się kryzys?

MW: Tak, Sławek zjadł mi w ubiegłym roku drożdżówkę. To nie było przyjemne doświadczenie, wcześniej się tak nie zachowywał, ale też nie dał po sobie poznać, że ma w ogóle zamiar to zrobić. Dla mnie to był szok. Do dzisiaj mam tiki nerwowe, kiedy odkładam przy nim lunchboxa (śmiech). Wiesz co, czytałem kiedyś biografię jakiegoś rockowego zespołu, goście mieli tak, że kiedy wracali z trasy, przestawali się do siebie odzywać. Trwało to nawet kilka tygodni. Robili to po to, by odpocząć do siebie. Kiedy wracaliśmy po sezonie szkoleniowym w czerwcu, gdzie poprzednie trzy miesiące spędzaliśmy głównie razem, na przykład na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu, potrafiliśmy przez całe wakacje się do siebie nie odzywać. Trudno w to uwierzyć, ale było nam to mega potrzebne. Kiedy łączysz sferę zawodową i prywatną, musisz dać mózgowi czas na poukładanie wszystkiego we właściwe szuflady, dlatego na przykład staramy się nie spędzać wspólnie urlopów. Tylko krótkie wyjazdy na skoki narciarskie na przykład. To pozwala nam unikać kryzysowych sytuacji. Jest takie powiedzonko, wymyśliłem je albo ja sam, albo Paulo Coelho: „każda przyjemność dostarczana nieustannie staje się udręką”.
Bardzo intensywny musiał być dla Was okres między 2008 a 2011 rokiem, kiedy pojawialiście się praktycznie na wszystkich branżowych konferencjach. Jak wspominacie te lata?

MW: Dla mnie to był fantastyczny okres. Jego intensywność mi w ogóle nie przeszkadzała. Jednak gdybyśmy chcieli to dzisiaj powtórzyć, byłoby to pewnie niemożliwe. Powód jest jeden, po prostu wszyscy chcą dzisiaj robić konferencje.
W 2013 roku zdecydowaliście się na podpisanie kontraktu z firmą Raben, z którą współpracujecie do dziś. Prowadzenie usługi e-commerce takiej firmy to dla Was duże wyzwanie?

MW: To wyzwanie przede wszystkim dla firmy. Dla nas ustawienie sprzedaży czy profilu Klienta nie jest samo w sobie wyzwaniem. Natomiast przekonanie ludzi zarządzających
dużą organizacją do tego, że pewne sprawy wymagają innego, niekiedy niestandardowego, spojrzenia na strategię firmy, to już zupełnie inna para kaloszy.
Styl i polityka Raben prawdopodobnie różni się od formy w jakiej prowadzone są Allegro czy Onet. Łatwo było się Wam przestawić?

MW: W czerwcu ubiegłego roku podjąłem decyzję o rozwiązaniu stałej współpracy z Grupą Raben, ale nie miało to związku ani ze stylem, ani z polityką, lecz z kolejnym wyzwaniem zawodowym, któremu postanowiłem sprostać. W tej sytuacji nieco niezręcznie jest mi odpowiadać na to pytanie.
Tak czy siak wasza praca przynosi wymierne efekty. Rok temu nawet dzielnie zawalczyliście o Ekomersa i niewiele brakowało a zwycięstwo stałoby się faktem. Po cichu liczyliście na tę nagrodę?

MW: Ach, branżowe konkursy, co my byśmy bez nich zrobili (śmiech). A zupełnie serio, ja nie liczyłem nawet przez pięć minut, bo choć idea szczytna, a w samym konkursie udzielałem się od początku, w pierwszych edycjach także w jury, to jednak w ubiegłym roku trudno było by nam zwyciężyć z kurierami czy brokerami kurierskimi, obecnymi w tej samej kategorii. Wyróżnienie i znalezienie się w TOP 5 było bardzo miłe, bo o tym decydowały głosy Klientów.

Na co dzień jednak pewnie inne rzeczy przynoszą Wam satysfakcję. Co dla Was jest największą nagrodą za ciężką pracę?

MW: Dla mnie taką nagrodą jest zadowolony Klient, jakkolwiek by to podejrzanie nie brzmiało. W usługach albo się starasz, albo odpadasz z tego wyścigu. Nie ma miejsca na dąsy.
SR: I to jest nowy obszar lekkiego poróżnienia. Dla mnie nagrodą za ciężką pracę jest wizyta na wyspach Dodekanezu. Karpathos kocham jak matkę i wracam, gdy tylko mogę.
Mariusz, Ciebie ponoć mocno motywuje też wiara w to, że klient zapłaci na czas. Musisz mieć więc w tym temacie kilka przykrych doświadczeń. Ile razy zostałeś wyrolowany?

MW: Tak, nie ukrywam, że moja krucjata o terminowość zapłaty trwa i konsekwentnie co kilka miesięcy wycinam z mojego portfela Klientów, którzy nie umieją uszanować pracy, którą dla nich wykonałem. To jest takie naturalne, że kiedy idziesz do sklepu i chcesz kupić bułki, wyciągasz z portfela pieniądze lub kartę płatniczą. Ale kiedy przychodzisz do firmy świadczącej usługi doradcze, chciałbyś zapłacić dopiero za efekt. Ale efekt czego? A co jeśli w ogóle nie stosujesz się do tych wskazówek? Czy to oznacza, że one były nic nie warte? Nie, to oznacza jedynie, że nie umiesz płacić za czyjś czas i wykonaną pracę. Więc lepiej odejdź sam z biznesu i zatrudnij się na ciepłej posadce, bo z takim nastawieniem jesteś tylko hubą dla innych ludzi prowadzących firmy.
A co dla Ciebie, Sławku, jest największym motywatorem?

SR: Uśmiech po drugiej stronie, niezależnie od tego, czy jest to uśmiech Mariusza, Klienta, czy mój własny w lustrze :)

wr3
Z Tobą w ogóle jest ciekawa sytuacja, ponieważ z wykształcenia jesteś historykiem literatury średniowiecza i kręcą Cię średniowieczne kazania łacińskie. Jak udaje Ci się godzić e-commerce z zainteresowaniami?

SR: Pewnego dnia wszedłem do biblioteki w bardzo znanej jednostce naukowej, jaką jest Uniwersytet w Heidelbergu i pomyślałem sobie: „Kurwa tu musi być jakiś internet”. W ten oto szybki, a skuteczny sposób przeszedłem od oflajnu do onlajnu. (ultraśmiech).

Ciekaw jestem jakie oryginalne hobby masz Ty, Mariusz…

MW: Nic oryginalnego nie przychodzi mi do głowy. Uwielbiam skoki narciarskie. Miałem kiedyś barbarzyńcę w Diablo 3 w czołówce europejskiego rankingu DPS w diabloprogress, kiedy ten jeszcze cokolwiek znaczył. A ostatnio zacząłem biegać. Sławomir mi tego nie daruje. Na szczęście nie przestałem robić innych brzydkich rzeczy… (śmiech).
Poza tym jesteś współautorem encyklopedii. Co prawda małej i dotyczącej obciachu, ale jednak encyklopedii. Czego można dowiedzieć się z „Małej Encyklopedii Obciachu”? MW: Z perspektywy czasu samych nieprzydatnych rzeczy (śmiech). W tym roku dowiedziałem się na przykład, że skarpetki do sandałów to już nie obciach, a krzyk mody. Ale samo pisanie tej książeczki wspominam bardzo dobrze. Wszystkim współautorom przyniosła sporo zabawy.

Z okazji sześćdziesięciu lat Empiku napisałeś też dwa „Tomy Kultury”, poświęcone latom 70. i 80., w których zrobiłeś przegląd najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Polsce i na świecie. Nadal jesteś na bieżąco z koncertami, spektaklami i premierami kinowymi?

MW: Oj, nie jestem na bieżąco nawet z Klanem (śmiech). Koncerty selekcjonuję. Jak doskonale po mojej fryzurze widać, jestem starym tru norwegian pagan black metalem, więc są to koncerty raczej rockowe niż popowe. Kiedyś siedziałem jako krytyk w jednym teatrze… wiesz, już więcej nie chodzę, strasznie włosy lecą od tego.
Swego czasu byłeś nawet blogerem. W natemat.pl pisałeś już o technologii. Ten epizod odbił się jakimś echem?

MW: A teraz rozpocząłem przygodę z platformą InnPoland. Ale – do rzeczy – to żadne blogowanie, to raczej swobodna wymiana myśli. Miły dodatek i łechcące ego grono współblogerów. Natomiast do prawdziwych blogerów nigdy pewnie nie dołączę, bo zwyczajnie nie mam czasu na regularne pisanie wpisów.
Wracając na grunt zawodowy, który obecnie dotyczy Was najbardziej, jak mocno trzeba się przebijać w Polsce, by w e-commerce osiągnąć sukces?

MW: Dobre pytanie, jak znajdę odpowiedź, na pewno ją zmonetyzuję (śmiech). To jest kwestia środków finansowych i determinacji. Nie ma dzisiaj szansy na dobry e-sklep i jakąkolwiek dobrą usługę, jeśli nie wydajesz dużych realnych pieniędzy na marketing. To mrzonki, że można inaczej. Nie można. Można mieć fuksa, owszem, ale tylko na krótką metę. Bodaj w łyżwiarstwie szybkim był przypadek mistrza olimpijskiego, który w ogóle nie był najszybszy. On się jako jedyny z finalistów nie wywrócił. Liczyć na to, że wywróci się 15k e-sklepów to jednak tylko głupota.

U nas to nadal branża rozwijająca się, potrzebująca inspiracji i poszukująca dobrych wzorców. Skąd mieliście wiedzę i umiejętności by mocno w niej zaistnieć?

MW: Praca w Allegro przy projektach edukacyjnych sprawiła, że musiałem sam wiele założeń zweryfikować i zwyczajnie samodzielnie się wielu rzeczy tak po prostu nauczyć, choćby po to, by potem móc swobodnie rozmawiać z doświadczonymi sprzedawcami. Potem zacząłem sprawdzać wybiórczo i na wyselekcjonowanych obszarach: co działa, co nie działa, dlaczego nie działa. To nie jest rocket science. To kwestia tego, jak bardzo mocno chcesz w tę branżę wejść. To też pasja. Z punktu widzenia tej branży usługi doradcze to margines, bajania i klechdy. Tymczasem moim zdaniem każdy udany biznes to przede wszystkim dobra komunikacja, a jestem z wykształcenia filologiem z niezłym o niej pojęciem. Pasja i zaangażowanie naprawdę są motorem sprawczym w każdej – dowolnie obranej – drodze zawodowej.
Czujecie, że w środowisku nazwiska Wesołowski i Rajch coś znaczą?

MW: Tak, Tomasz Wesołowski, Szymon Wesołowski, Mariusz Wesołowski. Mamy nawet wspólne zdjęcie z poprzednich targów e-handlu. Dużo nas jak na taką małą branżę (śmiech).
SR: Od czasu, kiedy na tzw. last call na lotnisku w Dubaju albo w Abu Zabi (zabijcie mnie, ale nie pamiętam) upraszano o mister radżdża (vel Rajch), odkryłem, że moje nazwisko znaczy niewiele. (Dodam, że oczywiście nie wszedłem do właściwego samolotu, a do domu wróciłem 2 dni później). Dość dodać, że od czasu tej przezabawnej imprezy, kiedy mój syn wykonuje jakieś ruchy, mówimy o tym z żoną „macha-radżdża”. Taki żenujący i suchy dowcip hermetyczny.
Na marginesie, kłócicie się o to, czyje nazwisko częściej wymieniane jest jako pierwsze? Wesołowski i Rajch? Rajch i Wesołowski? Między sobą macie ustaloną kolejność?

MW: Zasadniczo to R jest w alfabecie przed W, ale M przed S, więc pełna dowolność panuje w tej materii. Tak mi się zdaje.
SR: Właściwe mniemanie.

Zatem wątpliwości rozwiane. Myśleliście kiedyś o tym, by swoje doświadczenie, ambicje i oczekiwania zmierzyć z zachodnim rynkiem? Czyli po prostu wyjechać i zarabiać w euro albo w dolarach?

MW: Wciąż czekam na telefon od Bezosa. Jak zadzwoni, to mu to i owo podpowiem, ale na pewno nie za darmo (śmiech). Zarabianie w euro to wydawanie w euro. Makroekonomia ma dla mnie marginalne znaczenie, jak również porównywanie swoich pensji z kolegami z tak zwanego „Zachodu”. Wyjazd rozważam wyłącznie za ocean, a to zmiana absolutnie wszystkiego, może nawet branży. Europa mnie kompletnie nie interesuje, pod żadnym względem.
SR: W tym zakresie jestem jak znana z pewnością postać, Pan Jerzy Urban. Po prostu od dwudziestu dwóch lat nie jestem w stanie nauczyć się języka angielskiego. Natomiast dysponuję nienajgorszej dość konduity zapleczem języka niemieckiego, co w sytuacji krytycznej skrzętnie wykorzystam. Choćby sensownie nabywając aktywa na tamtejszym rynku.
Mając już tak duży dorobek, jakie są Wasze zawodowe marzenia?

MW: Lubię czuć, że robię rzeczy z sensem. Marzę, by to uczucie towarzyszyło mi jak najczęściej.
SR: Zawodowe, naprawdę? Jeszcze jedna bańka oszczędności i hotel na Kalymnos, tam będę szefem kuchni, recepcjonistą i przewodnikiem do climbingu.
A co wam się marzy tak prywatnie?

MW: Jeden sezon pucharu świata w skokach narciarskich na trybunach. Cały, od końca października do finałowych lotów w marcu. Tylko będę musiał chyba to odłożyć na emeryturę…
SR: Więcej zrozumienia od świata, który mnie otacza. Jestem egoistą.
Sławku, w Internecie upubliczniłeś informację, że jesteś fanem Alicji Majewskiej. To wymagało sporo odwagi. Chciałbyś aby wreszcie nagrała nową płytę?

SR: 18 października ub. roku wydała nową płytę Zdzisława Sośnicka. Chyba pozwolę sobie pozostać przy wspomnieniach z domu studenckiego, przy tej dystrakcji poznawczej, jaką te 15 lat temu wywoływała we mnie twórczość Pani Alicji. Dość dodać, że pewne koncerty Majewskiej mam sfilmowane, to znaczy byłem ich uczestnikiem.
Który utwór z jej repertuaru jest Twoim ulubionym?

SR: Medley utworów z czerwca 2015r. w Opolu jest niszczące, ale najbardziej lubię „Mały dworzec w deszczu” z nieśmiertelną wprost frazą „żal oplata mgła jak folia”.
Ja najbardziej lubię „To nie sztuka wybudować nowy dom”. Dziękuję Wam bardzo za rozmowę!

wr4

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

More in WYWIADY